Opowiadanie – Boo

Pochodzę z Nal Hutta, przynajmniej tam są skierowane najwcześniejsze wspomnienia mojego dzieciństwa. Byłem wychowankiem Lomeq’a Dindar’a jednego z huttowskich pałacowych zarządców. Mój pan mawiał, że ze względu na moją Noghri’jską krew, jestem świetnym materiałem na ochroniarza. Pochodzę z Nal Hutta, przynajmniej tam są skierowane najwcześniejsze wspomnienia mojego dzieciństwa. Byłem wychowankiem Lomeq’a Dindar’a jednego z huttowskich pałacowych zarządców. Mój pan mawiał, że ze względu na moją Noghri’jską krew, jestem świetnym materiałem na ochroniarza.
Zawsze kiedy to mówił, widziałem w jego oczach charakterystyczny pusty błysk, dokładnie ten sam, kiedy zwietrzył jakąś okazję, która dawała mu szanse na zarobienie kolejnych tysięcy kredytów i zaspokojenie na kilka chwil jego nienasycony apetyt na samice, alkohol i jedzenie.
Często zabierał mnie poza pałacowe sale rozrywki – na bagna i gdy już tam byliśmy kazał mi wyostrzać moje wrodzone noghri’skie zmysły, a w szczególności węch, który według tego co słyszał na temat mojej rasy – ozłoci go.
Byłem jego tropicielem i zabójcą, wyczuwałem zmutowanych Evocar z odległości daleko przekraczających jego aparaturę. Stary tłusty gamorreanin wielokrotnie był zdziwiony, wręcz zszokowany moimi zdolnościami. Często mawiał:
- Bydlaku, jak ty to robisz? Przecież wiatr wiał w przeciwnym kierunku, nie mogłeś ich wyczuć.
Odpowiadałem:
- Nie wiem jak to robię, ale potrafię ich wyczuć – nie myślę o tym, po prostu czuje.
Za każdym razem kiedy wyczuwałem ich w ten sposób Dindar robił zdumioną minę, a ja tylko wzruszałem ramionami i kazałem mu wycelować swojego KX-60. Poczym ruszałem we wcześniej wskazanym kierunku, aby zrobić to co zawsze…
Wyrżnąć pomioty!
Mój „opiekun” z bezpiecznej dla niego odległości oddawał się wykańczaniu niedobitków, które mi uciekły.
Kiedy wracałem po wszystkim do niego, cały zbroczony krwią patrzył na mnie z oddali inaczej niż zwykle, w jego wzroku nie było widać chciwości, czy zawsze towarzyszącej mu pustki. Podchodziłem do niego(nigdy nie za blisko), a on zawsze kurczowo trzymał broń za każdym razem coraz mocniej i mocniej, tak że odnosiłem wrażenie jak by, jego dłoń chciała się wtopić w rękojeść broni.
Mój węch… nie, nawet nie węch, po prostu część mnie, która potrafiła przewidzieć ruchy bestii, na które polowałem, ta sama część, która wyczuwała ich strach z odległości wielu kilometrów, w tej chwili gdy podchodziłem do niego mówiła mi jasno i zrozumiale, że tłuścioch z każdym kolejnym wypadem na bagna zaczyna się coraz bardziej mnie bać! Czułem jego strach, delektowałem się tym uczuciem, podobnie jak on się delektował każdym zarobionym kredytem.
Na ostatnim polowaniu zapytał się mnie:
- Czy to co robisz sprawia ci przyjemność?
Odpowiedziałem:
- W ferworze walki, kiedy giną kolejne mutanty odczuwam dwie rzeczy: potęgę i wolność.
Nie odpowiedział mi nic(nie wyczuwałem w nim nic prócz strachu), kiedy wróciliśmy do pałacu. Upił się i zaczął mnie bić, rękojeścią od swojego blastera.
Krzyczał:
- Potęga jest zarezerwowana tylko dla mnie a wolności NIGDY nie poczujesz, bo jesteś tylko śmierdzącym niewolnikiem.
Pomyślałem:
- To prawda jestem niewolnikiem, ale czy mam nim pozostać na zawsze?
Kiedy wróciłem do swojej klatki w celi obok czekała na mnie Sinya, moja siostra, oczywiście nie rodzona – bo należała do rasy twi’lek’ów. Po prostu wychowywaliśmy się razem. Ona miała zostać tancerką ze względu na swoją urodę a ja ochroniarzem, byliśmy „inwestycjami” które miały przynieś naszemu „opiekunowi” wiele zysku.
Mała Sin pomagała mi pozbierać się po wyczerpujących polowaniach a tak, że opowiadała o walkach pomiędzy Jedi a Sithami, za każdym razem ochoczo wysłuchiwałem kolejnych wręcz legendarnych opowieści o jasnych i mrocznych rycerzach. Razem dorastaliśmy i pomagaliśmy sobie jak tylko mogliśmy.
Tego dnia, gdy stary Dindar upił się po tym co mu powiedziałem, Sinya miała swój debiut w hutt’owskim pałacu. Wszystko było by dobrze, gdyby jeden z hutt’ów nie zaczął się dobierać do mojej 15-letniej rówieśniczki – ugryzła go, a ten rozczarowany odmową oszpecił jej twarz.
Mówiąc:
- Jeżeli nie chcesz mnie mieć niewolnico, to nie będziesz mieć nikogo.
Płakała, a ja starałem się ją pocieszyć. Kiedy zmieniałem jej bandaże wszedł jeszcze bardziej upity Lomeq wraz z dwójką swoich pomocników. Zaczął krzyczeć z pretensjami:
– Dlaczego mnie to spotkało?Dałem wam schronienie, karmiłem was, a mogliście przecież zginąć na ulicy w rynsztoku!
Wymachiwał swoim blasterem i coraz głośniej, lamentował nad swoim losem.
- Ty smarkulu, tak mi się odpłacasz? Co ja teraz z tobą zrobię, z tą raną jesteś bezużyteczna – jak masz zamiar odpłacić się za moją dobroć?
Wyciągnął ją z klatki i zaczął ją bić rękojeścią swojej broni.
Krzyczałem:
- Zostaw ją!
- Będę pracował za nas dwoje!
- Zbij mnie a nie ją!
Czułem narastający we mnie rozpacz, rozpacz, która przeradzała się w gniew.
Wpadł w szał, moja siostra krzyczała a ja nie mogłem nic zrobić uwięziony w klatce.
Odepchnęła go nogą, ten oburzony tym że nie mogła przyjąć kary wykrzyczał tylko jedno zdanie.
-Nie opłaca mi się utrzymywać was dwojga przy życiu!
Wycelował w Sinya i bez namysłu strzelił.
Krzyczałem, nie… to nie ja krzyczałem… To oni krzyczeli…
Ten gniew, który się we mnie tlił w jednej chwili, w jednym momencie eksplodował.
Czas jak by się zatrzymał.
Już nie myślałem, poddałem się temu co czułem…
Wylewała się ze mnie esencja gniewu…
Na ziemi leżały zmasakrowane zwłoki mojej siostry.
Pręty w klatce, która mnie więziła eksplodowały, jeden z nich trafił w głowę niższego ochroniarza starego głupca. Miał najwięcej szczęścia z nich wszystkich. Zginął szybko i bezboleśnie.
Drugi zdążył wyciągnąćvibro-ostrze i kiedy w jednej chwili byłem już przy moim „żywicielu” z wbitymi pazurami w jego dłonie, tak aby już nigdy, nie mógł używać broni.
Przyłożył mi ostrze do lewego oka.
Starzec zszokowany tym co się stało, widząc swoje krwawiące ochłapy dłoni, łamiącym się głosem powiedział.
- Spokojnie Boo!, kupimy ci nowego twi’leka – wszystko da się naprawić, zapomnę o tym co mi zrobiłeś, tylko się uspokój, chyba nie chcesz stracić życia dla takiej małej twi’lekańskiej suki?
Odpowiedziałem:
- Wiem co teraz stracę i będzie to tylko jedno oko, twój ochroniarz zakrztusi się krwią z własnej krtani a Ty zginiesz bardzo, bardzo, powoli – wyczuwam w tobie S T R A C H!
Zapadłem w ciemność, gniew mnie prowadził, wiedziałem co się stanie i nie dbałem o utratę oka, głupiec który myślał, że wszystko da się naprawić przy pomocy kredytów, teraz błagał o litość.
A ja nie czerpałem satysfakcji z tego, że powoli go rozszarpuje tylko z jego bezradności i strachu przed tym co nieuniknione.
Kiedy emocje opadły, dopiero dotarło do mnie to co się stało, nie wiedziałem jak to możliwe – nie miałem czasu się nad tym zastanawiać. Nie mogłem tutaj dłużej zostać, kara za to co zrobiłem była tylko jedna, śmierć za śmierć.
Szybko przeszukałem to co w nich zostało, biorąc najpotrzebniejsze rzeczy i biegiem udałem się do najbliższego portu. Wskoczyłem do pierwszego lepszego statku transportowego i odleciałem zostawiając za sobą niewolnicze łańcuchy, ból i zmasakrowane ciała w jednej z pałacowych mrocznych komnat.
Minęło trochę ponad 4 lata od tamtych wydarzeń, kiedy zdecydowałem, że już nie muszę się ukrywać przed Hutt’owską zemstą i postanowiłem wstąpić do Akademi na Coruscant aby rozwinąć w sobie tą potęgę, którą czułem kiedy polowałem na bagnach, czy kiedy wyduszałem ostatni oddech z mojego SŁABEGO opiekuna.
Co będzie dalej, sam chciałbym wiedzieć?

Dodaj komentarz